sobota, 15 listopada 2014

Rok I: Pierwsze spotkanie



 KLIK -MUZYKA DO ROZDZIAŁU

Mała, chuda z wystającymi kolanami, rudymi włosami związanymi w wysoki kucyk i mnóstwem piegów na długim nosie. Oto moja jedenastoletnia osoba. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. W sumie, każdy tak mówi, gdy wspomina pierwszy września na stacji King’s Cross, stojąc z wypchanym kufrem na peronie 9 i ¾. Każdy, kto oczekuje, pierwszej w swoim jedenastoletnim życiu, podróży Ekspresem Londyn- Hogwart.
Przetarłam nos skrajem różowego, okropnie kującego, wełnianego swetra- dumy babki Hermiony, która specjalizuje się w robótkach ręcznych od dobrych sześciu dekad.
- Jenny, ile razy mam ci powtarzać, że od wycierania nosa są chusteczki!- odezwała się z wyrzutem moja matka, która stała tuż obok, próbując zapanować nad moim cieknącym nosem i Armagedonem, który właśnie tworzyli moi bracia, do spółki z kuzynami i swoimi szkolnymi kolegami.
- Mamo, to tylko głupi sweter. Mam takich tysiące!- żachnęłam się, przyjmując od niej błękitną, idealnie wyprasowaną chusteczkę, którą od razu wcisnęłam do kieszeni spodni.
Mama popatrzyła na mnie, kręcąc ze zrezygnowaniem głową i kucnęła, by zrównać się ze mną wzrostem. Spojrzałam w jej śliczne niebieskie oczy. Moja mama była bardzo ładna. Wysoka, szczupła blondynka o jasnej cerze bez ani jednego piega i pełnych ustach, które były tak ciemne, że nie musiała ich już niczym podkreślać. Bardzo żałowałam, że musiałam odziedziczyć rudą, piegowatą urodę po Weasleyach zamiast niebieskooką blond po Woodach… 
- Jenny obiecaj mi, że będziesz się zachowywała jak na dziewczynkę przystało i nie przeniesiesz mi wstydu, dobrze? – rzekła spokojnie mama, wygładzając mi sweter i rozczesując palcami włosy.- Będziesz do mnie pisała trzy razy w tygodniu, albo i cztery kiedy twoi bracia znowu coś wysadzą albo podpalą. Wolę dowiedzieć się tego od ciebie niż od Nevilla, który już nie ma siły mi o tym pisać po raz tysięczny… - tu mama nagle przerwała, przygryzając swoje idealne wargi, białymi jak śnieg zębami. Popatrzyła, gdzieś w bok, a ja szybko podążyłam za jej wzrokiem.
Stali tam. Poważni i opanowani, patrząc na wszystkich i wszystko z góry. Oceniając, na swój własny obślizgły sposób. Cała czwórka odziana była w szarości, które jeszcze bardziej uwydatniały trupią bladość ich twarzy i pochmurność oczu. Ich jasnych, jak mleko włosów nie sposób było przeoczyć ani pomylić. Malfoyowie. Z trudem stłumiłam prychnięcie.
- I pamiętaj, Jenny. Nigdy przenigdy nie rozmawiaj  z żadnym z Malfoyów. Ta rodzina to chodzące kłopoty… Obiecujesz?- spytała mama, patrząc mi z miłością i troską w oczy. Moje brzydkie, brązowe oczy.
- Obiecuję.- powiedziałam cicho.
Mama uśmiechnęła się z zadowoleniem i przytuliła mnie mocno. Ponad jej ramieniem patrzyłam na najmłodszego Malfoya, którego imienia nie znałam. Nagle chłopak odwrócił się i nasze spojrzenia się spotkały. Jego szare oczy zmroziły mnie na kość. Szybko odwróciłam wzrok…
*** 
Siedziałam w zatłoczonym przedziale razem z moją przyjaciółką Rose Longbottom, kuzynostwem Alexandrą Jordan i jej bratem bliźniakiem Alexandrem Jordanem oraz moim najmłodszy- starszym bratem Arturem, który wolał pozostawić starszych barci samych sobie, po tym, jak których z nich niechcący rzucił na niego Upiorogacka. Gdyby jeszcze liczyć futrzaki i pióraki to na kolanach leżał mi mój kocur Widelec, obok okupywała miejsce kotka Rose- Bella, a nad naszymi głowami kołowały dwie sowy: czarna i biała. Czarna należała do mojej kuzynki i nazywała się Taylor, a biała do kuzyna i nosiła imię Rolyat, czyli „Taylor” od tyłu. Siedząc przy oknie, z policzkiem przyciśniętym do szyby, cieszyłam się, że Artur nie odczuwa potrzeby posiadania pupila.
Wszyscy żartowali i opychali się najróżniejszymi słodyczami, które kupiliśmy u tej miłej starszej czarownicy z wózkiem. Ja sama zjadłam już tyle, że nie mogłam patrzyć nawet na moje ulubione ciastka dyniowe. Obraz za oknem zaczął niebezpiecznie drgać mi przed oczami i poczułam nagły skurcz w brzuchu. Czym prędzej zerwałam się z miejsca, katapultując Widelca na podłogę.
- Jen, co ci jest?- spytała niemal z matczyną troską Rose. – Źle się czujesz?
- Tylko trochę. Ja… pójdę się przejść.-zdołałam wydusić.
Gdy wychodziłam usłyszałam za sobą wesołe rechoty bliźniaków :”Będzie paw! Będzie paw!”. Starałam się ich ignorować. Gdybym czuła się choć trochę lepiej, rzuciłabym w nich czymś, żeby się zamknęli…
Na korytarzu wagonu nie było nikogo. Trzymając się ściany, zaczęłam spacerować tam i s powrotem, czując jak mdłości pomału mijają. Usiadłam pod najbliższym oknem i zamknęłam oczy, skupiając się na miarowym stukocie pędzącego pociągu. Wzięłam dwa głębokie oddechy i już czułam się na tyle dobrze, że spokojnie zmieściłabym z dwa dyniowe ciastka i czekoladową żabę na dokładkę.  
Wstałam i otrzepałam ubranie. Już miałam wracać do swojego przedziału, gdy usłyszałam za sobą chłodny, przeciągający sylaby głos:
- Kogo my tu mamy?- zmroziło mnie od czubka nosa po koniuszki palców u nóg. Zacisnęłam zęby i pomału odwróciłam się, by spojrzeć w obrzydliwą twarz młodszego Malfoya.
- Spójrz, Kay ale to jest rude! Patrząc z bliska, praktycznie czerwone!- zaśmiała się blada dziewczyna o długich, jasnych  włosach topielicy. Zapewne jego siostra.
- Snow, daj spokój. Przecież to kolejna Weasley, czego się spodziewałaś? – odezwał się Kay, ten chłopiec Malfoyów, którego widziałam na peronie. – Ta ruda zaraza ma tyle piegów, że gdyby za każdy dostawali knuta, byli by bogatsi od Ministra! 
Przysuwali się coraz bliżej i bliżej, atakując mnie szyderczymi słowami, uśmiechami i szarymi spojrzeniami oczu. Zbierałam się właśnie na odpowiedź godną dziadka Rona, gdy drzwi przedziału otworzyły się głośno i na korytarz wychynęła twarz Artura. Mój brat popatrzył na mnie, a później na Malfoyów, na których na chwilę zatrzymał wzrok. Przez moment patrzył na nich, a na jego twarzy stopniowo wstępowało obrzydzenie, pomieszane z narastającą złością. Artur wyprostował się godnie i wyszedł pewnie na korytarz, zatrzaskując za sobą drzwi, aż zabrzęczały wstawione w nich szyby. Stanął koło mnie i popatrzył z góry na białe rodzeństwo. Artur był najniższy z braci, ale i tak stojąc naprzeciwko Snow i Kay’a, wyglądał jak najprawdziwszy olbrzym.
- Tak mi się właśnie zdawało, że słyszę te wasze piskliwe głosiki. Szukacie serka, biało-myszki?- odezwał się mój brat, zakładając sobie ręce na piersi. Obelga, jaką użył Artur, nie była może najsilniejsza, jeśli chodzi o wulgaryzm, ale i tak zamknęła na chwilę usta rodzeństwu Malfoyów.
Pierwsza odzyskała głos Snow.
- Co, Weasley tak ci dokopali Upiorogackiem, że teraz słyszysz jak nietoperz? Może to jakiś skutek uboczny? – dziewczyna pozwoliła  sobie na kpiący uśmieszek.- To kiedy zaczniesz spać w dzień i wyjadać muchy z spiżarni w klasie do eliksirów, hę? – Artur nie odpowiedział, choć widziałam po jego twarzy, że miał już gotową ripostę, która zwaliłaby z nóg, tę wypłowiałą szczurzycę, bo oto na scenę wkroczyli niespodziewanie moi pozostali starsi bracia. 
- Snow, zmień płytę, bo zawodzisz jak dwustuletni gramofon z plastiku za knuta. – odezwał się Michael Lee, podchodząc do nas, z rękami luzacko wepchniętymi do kieszeń i szkolnym krawatem w kolorach Gryfindoru, swobodnie przewieszonym przez szyję. - Co tam, siostra?- zagadnął mnie beztrosko.  
Samuel Kevin natomiast stanął nieco z tyłu i oparł się spokojnie o framugę przedziału, jakby to co się właśnie działo, wcale go nie obchodziło, a przyszedł tu tylko po to, żeby w razie koniecznej konieczności odciągnąć Michaela, gdyby ten postanowił się bić. Ze Snow, nie z tym małym, którego imienia nie pamiętał.
I tak staliśmy naprzeciw siebie, jak dwie drużyny mugolskiego rugby na meczu. Tyle że nas, Weasleyów, było dwa razy więcej niż Malfoyów. Gdy tylko to pomyślałam, mój przedział znów się otworzył i na, i tak już zatłoczony korytarz, wysypała się reszta mojego towarzystwa, nie pomijając Widelca, Belli, Taylora i Rolyata. Na widok Malfoyów Widelec zasyczał gniewnie i cały się zjeżył. Podobnie zareagowały bliźniaki Alex. Brakowało im tylko po ogonie, sterczącym jak szczotka do  butelek. 
- Proszę, proszę, Malfoy w wersji żeńskiej i Malfoy w wersji żeńskiej-krótkie włosy.-prychnęła bliźniaczka Alex, przenosząc ciężar ciała na lewą nogę.- Lepiej się zmywajcie, bo jak z wami skończymy, to nie będzie co zabierać do Hogwartu. – zrobiła przy tym ruch głową, jak ciemnoskóra, gruba amerykanka, gdy przychodzi jej zmierzyć się z tzw. „siostrami”. Gdyby Alex nosiła kolczyki, zapewne ściągnęłaby je, by  nadać powagi swojemu ostrzeżeniu.
Snow popatrzyła nam wszystkim wyzywająco w oczy, ale napotkała silny, psychiczny opór siedmiu osób, dwóch kotów i dwóch sów. Wymiękła i zgrzytając z bezsilniej złości zębami odeszła korytarzem do następnego wagonu, gdzie miejsce okupywała banda Ślizgonów. Za nią ruszył jej młodszy brat. Na odchodnym spojrzał jeszcze na mnie, a jego spojrzenie przymrużonych oczu, zdawało się szeptać: „ Jeszcze się spotkamy. Jeszcze zobaczysz.” 
Potem odwrócił się na pięcie i odszedł za siostrą szybkim, zdecydowanym krokiem przegranego.
-Ale im dokopaliśmy! 1:0 dla nas, słyszysz Jenny? Tak to się robi, zapamiętaj sobie i … przygotuj sobie spis różnych tekstów, którymi następnym razem ich zgasisz. Bez takiej kartki ani rusz, na pole bitwy z tymi ulizanymi małpoludami! – zaśmiał się Michael, kierując się dziarskim  krokiem do mojego przedziału. – E, siostra, a zostało ci może trochę czekoladowych żab. Sam już wszystkie wyjadł…
Bez słowa podałam mu ledwie napoczęte opakowanie. Pół minuty później, nie było nawet okruszka czekolady, a mój średni-starszy brat, leżał rozwalony na pół przedziału i jęczał, że umiera. Ja jednak nie zwracałam na niego uwagi. Z czołem opartym o zimną szybę, wciąż  wspominałam moje pierwsze spotkanie z Malfoyami. Zamknęłam oczy, by znów zobaczyć ich głupkowate miny, gdy zrozumieli, że nie mają szans i uśmiechnęłam się. Tak sama do siebie. Tego dnia, jeszcze zanim moja noga postanie  w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart, przyrzekłam sobie, że stworzę najlepszą listę najróżniejszych tekstów, żeby gasić Malfoyów nawet przez sen. I lepiej zacznę od… Hahahaha, a to akurat dobre. Muszę to zapamiętać. 


                 https://38.media.tumblr.com/07d369c62270972d0a97990fb9c15939/tumblr_ndsyg6mrmY1rs8aa0o1_500.gif

niedziela, 26 października 2014

Prolog





Klik (muzyka do rozdziału)
 
Jennifer Tiffany Angelina Weasley I. Córka Freda Weasley’a II i Grace Wood. Wnuczka Georga Wesleya, Angeliny Weasley, no i Oliviera Wooda, kapitana Zjednoczonych z Puddlemere. Ale mówią na mnie Jenny. Tak po prostu. Jenny.
Jestem dumna z bycia Weasley! Nie chwaląc się, nasz stuknięty klan jest jedną z najstarszych czarodziejskich rodzin czystej krwi lub półkrwi. W na papierze, to fajna rzecz, ale w praktyce to dla nas i tak bez znaczenia. Jest nas tak dużo, że sama  nie wiem, jak udaje nam się zmieścić w jednym domu na święta i do tego nie pozabijać, bo przecież im więcej rudzielców tym więcej kłótni, prawda?  Ale i tak dobrze by było, gdyby skończyło się tylko na zastraszającej ilości. Nie, za łatwo bym miała na tym świecie. Przybliżając moją beznadziejną sytuację : mam trzech braci. Artur Olivier jest ode mnie starszy o rok. Michael Lee II o trzy lata, Samuel Kevin o cztery. Oprócz tego, żeby nie było za lekko jestem jedyną dziewczyną w naszej rodzinie i w dodatku najmłodszą, ale tak to już jest u Weasleów. Tak samo było z babką Ginny… My dziewczyny Weasley nie mamy łatwo w domu pełnym facetów Weasley, ale że jesteśmy twarde i całkiem uparte, nie damy sobie w kaszę dmuchać!
Poza tym mam bardzo dużo krewnych. Normalniejszych, jak babka Hermiona i tych bardziej zbzikowanych, jak dajmy na to dziadek George, który chyba nigdy nie dorośnie. Dziadek Ron też z reguły daje radę, ale czasami wymiękła przy nowym pokoleniu moich braci, którzy są mieszanką wybuchową wszystkich bliższych i dalszych Weasleyów kawalarzy. Czasami staruszkowi Ronowi zdarza się też przynudzać opowieściami o jakiś zamierzchłych czasach, w których on, babka Hermina i dziadek Harry byli bohaterami w legendarnej już Drugiej Bitwie o Hogwart. Podobno byli genialni, szczególnie dziadek Harry, o którym napisano chyba z tuzin książek o tysiącu stron każda. Z resztą nie tylko oni zasłużyli się w tamtych czasach. Połowa klanu Wesleyów dała nieźle popalić tym całym glizdom Śmierciożercom i Voldemotrowi, który w końcu trafił tam, gdzie jego zasmarkane miejsce! A dziadek Neville, który jest teraz dyrektorem w Hogwarcie, to nawet… Ale to może innym razem. Ciężko to zrozumieć i opanować, szczególnie, że nie mam takiego dużego zdjęcia, by pokazywać wszystkich na jednej fotografii i powiedzieć kto co i  kiedy zrobił…
Jak to każda pokaźna rodzinna ma w zwyczaju i pieczołowicie pielęgnuje tę tradycję, także i my, Weasleyowie, możemy pochwalić się posiadaniem najgorszego wroga, w postaci obślizgłej, tchórzliwej i zakłamanej rodziny Malfoyów. Nienawidziłabym tych ich białych łbów, nawet gdybym nie była Jennifer Tiffany Angelina Weasley I i gdyby dziadek Ron od pampersa nie opowiadał mi tych wszystkich hogwartskich historii o nim, jego żonie, dziadku Harrym i niejakim Draconie Malfoyu, chyba najgorszej kreaturze, jaka kiedykolwiek chodziła po ziemi.  Ci cali Mlfoyowie byli jednymi z najbardziej zagorzałych wielbicieli Voldemorota. Mama mówi, żebym nie wymawiała jego imienia, bo to przynosi nieszczęście, ale ja w to nie wierzę. Jak można bać się czegoś, co skończyło w tak żałosny sposób? Przez wiele lat Lucjusz Malfoy, ojciec Dracona, ukrywał swoją prawdziwą twarz, szpiegował dla Mrocznego Pana i w końcu wciągnął w to swojego syna, który nie podołał wyznaczonemu mu zadaniu i przyczynił się do upadku Voldemorta oraz zdemaskowania Malfoyów i okrycia ich wciąż niesłabnącą hańbą, która szczerze cieszy dziadka Rona, jak i cały nasz klan.  
Opowiem wam teraz nieźle pokręconą, nieco porysowaną i chyba najgłupszą historię, jaką kiedykolwiek, gdziekolwiek czytaliście. Będzie to opowieść mojej niezbyt udanej edukacji w Hogwarcie w wielkim skrócie i uproszczeniu, gdy szlabany waliły mi się na głowę stosami rzeczy do wyczyszczenia albo wypatroszenia, gdy ja albo moi bracia w klasyczny sposób dostawialiśmy przynajmniej raz w tygodniu wyjce i na zmianę chodziliśmy na dywanik do „Dyra Nevilla” na bezsensowne pogadanki, a drużyna Gyfonów składała się praktycznie tylko i wyłącznie z Wesleyów i ich kuzynów, gdzie ja byłam chyba najlepszą ścigającą, a później i ścigającą w historii szkoły. Mówiąc skromnie.
No i był taki jeden chłopak. Nic nie wart ślizgon przez małe „ś”. W dodatku Malfoy. A konkretniej Kay Malfoy.