KLIK -MUZYKA DO ROZDZIAŁU
Mała, chuda z wystającymi kolanami, rudymi włosami związanymi w wysoki kucyk i mnóstwem piegów na długim nosie. Oto moja jedenastoletnia osoba. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. W sumie, każdy tak mówi, gdy wspomina pierwszy września na stacji King’s Cross, stojąc z wypchanym kufrem na peronie 9 i ¾. Każdy, kto oczekuje, pierwszej w swoim jedenastoletnim życiu, podróży Ekspresem Londyn- Hogwart.
Mała, chuda z wystającymi kolanami, rudymi włosami związanymi w wysoki kucyk i mnóstwem piegów na długim nosie. Oto moja jedenastoletnia osoba. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. W sumie, każdy tak mówi, gdy wspomina pierwszy września na stacji King’s Cross, stojąc z wypchanym kufrem na peronie 9 i ¾. Każdy, kto oczekuje, pierwszej w swoim jedenastoletnim życiu, podróży Ekspresem Londyn- Hogwart.
Przetarłam nos skrajem różowego,
okropnie kującego, wełnianego swetra- dumy babki Hermiony, która specjalizuje
się w robótkach ręcznych od dobrych sześciu dekad.
- Jenny, ile razy mam ci
powtarzać, że od wycierania nosa są chusteczki!- odezwała się z wyrzutem moja
matka, która stała tuż obok, próbując zapanować nad moim cieknącym nosem i
Armagedonem, który właśnie tworzyli moi bracia, do spółki z kuzynami i swoimi
szkolnymi kolegami.
- Mamo, to tylko głupi sweter.
Mam takich tysiące!- żachnęłam się, przyjmując od niej błękitną, idealnie
wyprasowaną chusteczkę, którą od razu wcisnęłam do kieszeni spodni.
Mama popatrzyła na mnie, kręcąc
ze zrezygnowaniem głową i kucnęła, by zrównać się ze mną wzrostem. Spojrzałam w
jej śliczne niebieskie oczy. Moja mama była bardzo ładna. Wysoka, szczupła
blondynka o jasnej cerze bez ani jednego piega i pełnych ustach, które były tak
ciemne, że nie musiała ich już niczym podkreślać. Bardzo żałowałam, że musiałam
odziedziczyć rudą, piegowatą urodę po Weasleyach zamiast niebieskooką blond po Woodach…
- Jenny obiecaj mi, że będziesz
się zachowywała jak na dziewczynkę przystało i nie przeniesiesz mi wstydu,
dobrze? – rzekła spokojnie mama, wygładzając mi sweter i rozczesując palcami
włosy.- Będziesz do mnie pisała trzy razy w tygodniu, albo i cztery kiedy twoi
bracia znowu coś wysadzą albo podpalą. Wolę dowiedzieć się tego od ciebie niż
od Nevilla, który już nie ma siły mi o tym pisać po raz tysięczny… - tu mama
nagle przerwała, przygryzając swoje idealne wargi, białymi jak śnieg zębami.
Popatrzyła, gdzieś w bok, a ja szybko podążyłam za jej wzrokiem.
Stali tam. Poważni i opanowani,
patrząc na wszystkich i wszystko z góry. Oceniając, na swój własny obślizgły
sposób. Cała czwórka odziana była w szarości, które jeszcze bardziej
uwydatniały trupią bladość ich twarzy i pochmurność oczu. Ich jasnych, jak
mleko włosów nie sposób było przeoczyć ani pomylić. Malfoyowie. Z trudem
stłumiłam prychnięcie.
- I pamiętaj, Jenny. Nigdy
przenigdy nie rozmawiaj z żadnym z
Malfoyów. Ta rodzina to chodzące kłopoty… Obiecujesz?- spytała mama, patrząc mi
z miłością i troską w oczy. Moje brzydkie, brązowe oczy.
- Obiecuję.- powiedziałam cicho.
Mama uśmiechnęła się z
zadowoleniem i przytuliła mnie mocno. Ponad jej ramieniem patrzyłam na
najmłodszego Malfoya, którego imienia nie znałam. Nagle chłopak odwrócił się i
nasze spojrzenia się spotkały. Jego szare oczy zmroziły mnie na kość. Szybko
odwróciłam wzrok…
***
Siedziałam w zatłoczonym
przedziale razem z moją przyjaciółką Rose Longbottom, kuzynostwem Alexandrą
Jordan i jej bratem bliźniakiem Alexandrem Jordanem oraz moim najmłodszy-
starszym bratem Arturem, który
wolał pozostawić starszych barci samych sobie, po tym, jak których z nich
niechcący rzucił na niego Upiorogacka. Gdyby jeszcze liczyć futrzaki i pióraki
to na kolanach leżał mi mój kocur Widelec, obok okupywała miejsce kotka Rose-
Bella, a nad naszymi głowami kołowały dwie sowy: czarna i biała. Czarna
należała do mojej kuzynki i nazywała się Taylor, a biała do kuzyna i nosiła
imię Rolyat, czyli „Taylor” od tyłu. Siedząc przy oknie, z policzkiem
przyciśniętym do szyby, cieszyłam się, że Artur nie odczuwa potrzeby posiadania
pupila.
Wszyscy żartowali i opychali się najróżniejszymi
słodyczami, które kupiliśmy u tej miłej starszej czarownicy z wózkiem. Ja sama
zjadłam już tyle, że nie mogłam patrzyć nawet na moje ulubione ciastka dyniowe.
Obraz za oknem zaczął niebezpiecznie drgać mi przed oczami i poczułam nagły
skurcz w brzuchu. Czym prędzej zerwałam się z miejsca, katapultując Widelca na
podłogę.
- Jen, co ci jest?- spytała niemal z matczyną troską
Rose. – Źle się czujesz?
- Tylko trochę. Ja… pójdę się przejść.-zdołałam wydusić.
Gdy wychodziłam usłyszałam za sobą wesołe rechoty
bliźniaków :”Będzie paw! Będzie paw!”. Starałam się ich ignorować. Gdybym czuła
się choć trochę lepiej, rzuciłabym w nich czymś, żeby się zamknęli…
Na korytarzu wagonu nie było nikogo. Trzymając się
ściany, zaczęłam spacerować tam i s powrotem, czując jak mdłości pomału mijają.
Usiadłam pod najbliższym oknem i zamknęłam oczy, skupiając się na miarowym
stukocie pędzącego pociągu. Wzięłam dwa głębokie oddechy i już czułam się na
tyle dobrze, że spokojnie zmieściłabym z dwa dyniowe ciastka i czekoladową żabę
na dokładkę.
Wstałam i otrzepałam ubranie. Już miałam wracać do
swojego przedziału, gdy usłyszałam za sobą chłodny, przeciągający sylaby głos:
- Kogo my tu mamy?- zmroziło mnie od czubka nosa po
koniuszki palców u nóg. Zacisnęłam zęby i pomału odwróciłam się, by spojrzeć w
obrzydliwą twarz młodszego Malfoya.
- Spójrz, Kay ale to jest rude! Patrząc z bliska,
praktycznie czerwone!- zaśmiała się blada dziewczyna o długich, jasnych włosach topielicy. Zapewne jego siostra.
- Snow, daj spokój. Przecież to kolejna Weasley, czego się spodziewałaś?
– odezwał się Kay, ten chłopiec Malfoyów, którego widziałam na peronie. – Ta
ruda zaraza ma tyle piegów, że gdyby za każdy dostawali knuta, byli by bogatsi
od Ministra!
Przysuwali się coraz bliżej i bliżej, atakując mnie
szyderczymi słowami, uśmiechami i szarymi spojrzeniami oczu. Zbierałam się
właśnie na odpowiedź godną dziadka Rona, gdy drzwi przedziału otworzyły się
głośno i na korytarz wychynęła twarz Artura. Mój brat popatrzył na mnie, a
później na Malfoyów, na których na chwilę zatrzymał wzrok. Przez moment patrzył
na nich, a na jego twarzy stopniowo wstępowało obrzydzenie, pomieszane z
narastającą złością. Artur wyprostował się godnie i wyszedł pewnie na korytarz,
zatrzaskując za sobą drzwi, aż zabrzęczały wstawione w nich szyby. Stanął koło
mnie i popatrzył z góry na białe rodzeństwo. Artur był najniższy z braci, ale i
tak stojąc naprzeciwko Snow i Kay’a, wyglądał jak najprawdziwszy olbrzym.
- Tak mi się właśnie zdawało, że słyszę te wasze piskliwe
głosiki. Szukacie serka, biało-myszki?- odezwał się mój brat, zakładając sobie
ręce na piersi. Obelga, jaką użył Artur, nie była może najsilniejsza, jeśli
chodzi o wulgaryzm, ale i tak zamknęła na chwilę usta rodzeństwu Malfoyów.
Pierwsza odzyskała głos Snow.
- Co, Weasley tak ci dokopali Upiorogackiem, że teraz
słyszysz jak nietoperz? Może to jakiś skutek uboczny? – dziewczyna pozwoliła sobie na kpiący uśmieszek.- To kiedy zaczniesz
spać w dzień i wyjadać muchy z spiżarni w klasie do eliksirów, hę? – Artur nie
odpowiedział, choć widziałam po jego twarzy, że miał już gotową ripostę, która
zwaliłaby z nóg, tę wypłowiałą szczurzycę, bo oto na scenę wkroczyli
niespodziewanie moi pozostali starsi bracia.
- Snow, zmień płytę, bo zawodzisz jak dwustuletni
gramofon z plastiku za knuta. – odezwał się Michael Lee, podchodząc do nas, z
rękami luzacko wepchniętymi do kieszeń i szkolnym krawatem w kolorach
Gryfindoru, swobodnie przewieszonym przez szyję. - Co tam, siostra?- zagadnął mnie
beztrosko.
Samuel Kevin natomiast stanął nieco z tyłu i oparł się
spokojnie o framugę przedziału, jakby to co się właśnie działo, wcale go nie
obchodziło, a przyszedł tu tylko po to, żeby w razie koniecznej konieczności
odciągnąć Michaela, gdyby ten postanowił się bić. Ze Snow, nie z tym małym,
którego imienia nie pamiętał.
I tak staliśmy naprzeciw siebie, jak dwie drużyny
mugolskiego rugby na meczu. Tyle że nas, Weasleyów, było dwa razy więcej niż
Malfoyów. Gdy tylko to pomyślałam, mój przedział znów się otworzył i na, i tak
już zatłoczony korytarz, wysypała się reszta mojego towarzystwa, nie pomijając
Widelca, Belli, Taylora i Rolyata. Na widok Malfoyów Widelec zasyczał gniewnie
i cały się zjeżył. Podobnie zareagowały bliźniaki Alex. Brakowało im tylko po
ogonie, sterczącym jak szczotka do
butelek.
- Proszę, proszę, Malfoy w wersji żeńskiej i Malfoy w
wersji żeńskiej-krótkie włosy.-prychnęła bliźniaczka Alex, przenosząc ciężar
ciała na lewą nogę.- Lepiej się zmywajcie, bo jak z wami skończymy, to nie
będzie co zabierać do Hogwartu. – zrobiła przy tym ruch głową, jak ciemnoskóra,
gruba amerykanka, gdy przychodzi jej zmierzyć się z tzw. „siostrami”. Gdyby
Alex nosiła kolczyki, zapewne ściągnęłaby je, by nadać powagi swojemu ostrzeżeniu.
Snow popatrzyła nam wszystkim wyzywająco w oczy, ale
napotkała silny, psychiczny opór siedmiu osób, dwóch kotów i dwóch sów. Wymiękła
i zgrzytając z bezsilniej złości zębami odeszła korytarzem do następnego
wagonu, gdzie miejsce okupywała banda Ślizgonów. Za nią ruszył jej młodszy
brat. Na odchodnym spojrzał jeszcze na mnie, a jego spojrzenie przymrużonych
oczu, zdawało się szeptać: „ Jeszcze się spotkamy. Jeszcze zobaczysz.”
Potem odwrócił się na pięcie i odszedł za siostrą
szybkim, zdecydowanym krokiem przegranego.
-Ale im dokopaliśmy! 1:0 dla nas, słyszysz Jenny? Tak to
się robi, zapamiętaj sobie i … przygotuj sobie spis różnych tekstów, którymi
następnym razem ich zgasisz. Bez takiej kartki ani rusz, na pole bitwy z tymi
ulizanymi małpoludami! – zaśmiał się Michael, kierując się dziarskim krokiem do mojego przedziału. – E, siostra, a
zostało ci może trochę czekoladowych żab. Sam już wszystkie wyjadł…
Bez słowa podałam mu ledwie napoczęte opakowanie. Pół
minuty później, nie było nawet okruszka czekolady, a mój średni-starszy brat,
leżał rozwalony na pół przedziału i jęczał, że umiera. Ja jednak nie zwracałam
na niego uwagi. Z czołem opartym o zimną szybę, wciąż wspominałam moje pierwsze spotkanie z
Malfoyami. Zamknęłam oczy, by znów zobaczyć ich głupkowate miny, gdy
zrozumieli, że nie mają szans i uśmiechnęłam się. Tak sama do siebie. Tego
dnia, jeszcze zanim moja noga postanie w
Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart, przyrzekłam sobie, że stworzę najlepszą listę
najróżniejszych tekstów, żeby gasić Malfoyów nawet przez sen. I lepiej zacznę
od… Hahahaha, a to akurat dobre. Muszę to zapamiętać.

